Wielkanoc… 83 lata temu. Artykuł z „Przeglądu Ostrołęckiego”

Przedstawiamy artykuł o obyczajach wielkanocnych, opublikowany 83 lata temu w „Przeglądzie Ostrołęckim” (oryginalna pisownia została zachowana).

„Wielkanoc, która po siedmiu długich zimowych tygodniach postu wypada najczęściej w okresie cieplejszych i pogodniejszych dni – od wieków była Świętem Radości.

Cieszyły się dusze nadejściem dnia Zmartwychwstania Pańskiego, a oczy – nadejściem odmładzającej naturę wiosny. Smutek wiosny kończył się równocześnie z okresem wielkopostnych nabożnych rozpamiętywań. Nic wiec dziwnego, że tak uroczyste i radosne święto związało się z wielką liczbą zwyczajów i obyczajów w ludu polskiego, który, jak żaden inny, pełnym sercem i weselem obchodził Wielkanoc.

Wstępem niejako do Wielkanocnych Świąt była Niedziela Palmowa. Tłumnie śpieszono się do kościoła z palmami w ręku, a gdy z poświęconymi wracano do domu, jakoby uświęcony gość w progi wstępował. Wierzono wiec, że połknięcie pączka z wierzby poświęconej przynosi zdrowie. Wszak zaś imć Mikołaj z Nagłowic w swej „Postylle” żartobliwie piszę: „Kwietną Niedzielę kto „bagniątka” czyli kotki czyli pączki z palmy wielkanocnej nie połknął, ten już zbawienia nie otrzymał”. Z i dobytek swój, chcąc przez lato w zdrowiu wiedzieć, wyprawiał go wieśniak po raz pierwszy w pole z palmą w ręku, a żegnając nabożnie.

Po Palmowej Niedzieli wnet szykować trzeba było do świąt. W kościołach przystrajano groty, wystawiając przy nich wartę honorową z poprzebieranych za żołnierzy porobczaków w papierowych hełmiskach i zdrewnianymi mieczami.

W niektórych okolicach istniał dawniej zwyczaj chodzenia w Wielki Czwartek z „Judaszem”, maszkarą, wypchaną słomą. Zaraz po „ciemnej jutrzni” na dziedzińcu kościelnym chłostano „Judasza”, jako, że Jezusa zdradził i bito go kijami, potem na taczce obwożono z pośmiewiskiem i urąganiem, aż wreszcie topiono.

W ostatnie dni Wielkiego Tygodnia gospodynie coniemiara miały trudu i subiekcji wszelakiej, wszakże zastawa wielkanocnego stołu tradycyjnie musiała być suta, boć po długim, przestrzeganym poście, trzeba siebie a i gości uraczyć. Pieczono więc ciasta i mięsiwa.

Oto jak opisuje zastawę wielkanocną z przed stu laty ówczesny kronikarz: „Na ogromnym stole, przykrytym świeżym obrusem, środek zajmują szynki, ozory, nadziewane prosięta, pieczone baranki, niby ta stara gwardia, o którą rozbijają się najzuchwalsze apetyty; na skrzydłach tego taboru stoją podobne wieżom baby, zadziwiające ogromem, a jeszcze więcej lekkością…Dalej na brzegach stołu podobnie rzymskim mozaikom placki, mazurki z najfantastyczniejszymi wzorami, pełne kokieterii i smaku…a wszędzie rozrzucone jaja, podobne do piramid, kul i granatów…” A te jaja wielkanocne też bywały zazwyczaj w misterny sposób malowane w ludowe wzory o różnych kolorach.

Z prastarego zwyczaju wywodzą się te jaja wielkanocne, pisankami zwane. W pewnych okolicznościach podanie głosi, że Święta Magdalena, gdy radosną wieść o Zmartwychwstaniu dostawszy, do domu wróciła, ujrzała w misie na oknie jaja w czerwonych skorupach. Gdy wyszła z nimi przed dom i rozdała je spotkanym apostołom, jajka w ptaki się zamieniły, jako, że „ze śmierci Jezusa powstał żywot wieczny dla ludzi”. Inna znów tradycja głosi, ze to kamienie, którymi rzucano w Świętego Szczepana, zamieniły się w pisanki.

Tak, czy inaczej, pisanki nieodłącznie były w najuboższem nawet święconem. Dzielono się jajkiem – po powrocie z kościoła w pierwszy dzień świąt, składając domownikom i gościom życzenia pomyślności. A potem zasiadano do stołów i ucztowano, sporo przykrapiając jadło trunkami co przedniejszymi. Ucztowano często przez cały dzień i noc. Ale w poniedziałek Wielkanocny niebezpiecznie bywało przydługo w łóżku leżeć, odwieczny zwyczaj, dyngusem zwany albo śmigusem, pozwalał w ten dzień bez obrazy oblewać wodą, a już tym bardziej śpiochom dostawała się nie lada kąpiel. Że jednak zwyczaj to prastary, a i radość w święta Wielkanocne jest wielka, wiec nawet strumienie z dokuczliwą psotą suto tu i ówdzie lane na głowy i ubrania, nie w stanie były stłumić powszechnej radości, lecz jeszcze bardziej podniecały”.

Przegląd Ostrołęcki, 12 kwietnia 1936 r. nr 15.