Święta na kardiologii

– Już trzy czwarte pielęgniarek chorowało na covid-19. Nigdy nie wiemy kto będzie następny” – słyszę od dyżurującej pielęgniarki. Jedyny na tej zmianie mężczyzna pielęgniarz wykonujący wymazy z nosa z ulgą stwierdza, że przechorował już wirus. Lekko przechodził zakażenie. Przez trzy dni miał wysoką gorączkę, brak smaku i węchu. Objawy minęły. Teraz ma spokój.     

Siódme piętro Szpitala Wojewódzkiego w Ostrołęce. Mała choineczka na stanowisku pielęgniarek i duże migające światełkami drzewko po drugiej stronie głównego korytarza oddziału chirurgii mają przypominać o tym, że za chwilę Boże Narodzenie. W takiej to scenerii przyszło mi przeżywać ostatnie dni przed Wigilią i świętami.

W cieniu COVIDU

O mały włos nie spędziłam Bożego Narodzenia na oddziale szpitalnym. Przyjmująca mnie lekarz kardiolog uprzedzała, że powinnam się liczyć z taką ewentualnością. W efekcie po wykonanym zabiegu kardiowersji zdążyłam na kolację wigilijną. Jednak oddział ratunkowy odwiedziłam drugiego dnia świąt.

Chorej koleżance pomogłam w dotarciu do szpitala. Strach przed pójściem do szpitala paraliżuje największych śmiałków. Miałam już przetarte szlaki, a więc mogłam być pomocna. Negatywny test na wirusa wykonany podczas pobytu na oddziale dodawał mi odwagi. Życzliwość personelu również wpływała pozytywnie. Słowo szpital już tak nie przerażało.

Oprócz izolacji, nakazów, zakazów, ograniczeń na terenie całego szpitala największe wrażenie robią komunikaty pracowników ochrony informujące o przywożeniu na oddział zakaźny lub przetransportowaniu pacjentów covidowych. Trzeba natychmiast reagować na te komunikaty, opuszczać miejsca przy windach, przesuwać  się tam, gdzie było w miarę bezpiecznie. O ile  w szpitalu w dobie pandemii koronowirusa można się czuć bezpiecznie?

Osoby obciążone wieloma schorzeniami w obawie przed skierowaniem ich do szpitala rezygnują z wizyt u lekarza rodzinnego. Ci zaś większości udzielają przez telefon teleporady. Ale nieustępliwi w otrzymaniu pomocy w końcu ją otrzymują.

Uciążliwe zmęczenie, jakiego nigdy nie doświadczałam, ucisk i ból w klatce piersiowej ,skoki ciśnienia zmusiły mnie do znalezienia przyczyny. EKG wykazało migotanie przedsionków. Był to już trzeci epizod. Dwa poprzednie nie dawały mi się tak mocno we znaki, ale ten… Bałam się. 

Decyzję o skierowaniu do szpitala na zabieg umiarowienia pracy serca przyjęłam z lękiem i strachem. Poczytałam, popytałam i stwierdziłam, że z sercem bijącym niemiarowo nie ma żartów.                       

Wywiad, badania i obserwacja          

Zanim jednak dojdzie do umieszczenia pacjenta na oddziale, trzeba swoje przejść, trzeba się nasłuchać i napatrzeć na innych chorych, na pracę personelu.

Opinia o oddziałach ratunkowych jest bardzo różna. Najpierw po pobraniu krwi i ogólnym badaniu z pierwszej salki pogotowia przewieziono mnie na obserwację. Miałam czekać dopóki nie dotrą wszystkie potrzebne wyniki. Przewoził mnie młody żołnierz oddelegowany na praktykę do szpitala. Miał dużo optymizmu i  wiary w siebie. 

Wcześniej zapewniał mnie, że trafiłam na najlepszą zmianę ratowników medycznych, uspakajał, widząc mój lęk na odgłos komunikatów głoszonych przez mikrofony. Pomógł mi w oswojeniu się w nowym miejscu.

Byłam przygotowana na pozostanie na oddziale, koszulę nocną, szczoteczkę do zębów i inne toaletowe drobiazgi oraz coś do czytania miałam przy sobie  spakowane w torbie. Byłam w lepszej sytuacji niż leżący ze mną na obserwacji inni pacjenci. Oni musieli czekać na kogoś z rodziny, żeby dostarczył im potrzebne rzeczy.

Oddzielona  parawanem od jednego z pacjentów słyszę niepokojące odgłosy. Pielęgniarka widzi w jak złym stanie jest zaniedbany mężczyzna. Na pytanie, kiedy ostatnio pił alkohol, odpowiedział bez namysłu, że poprzedniego dnia wypił dwa piwa –„Proszę mnie nie okłamywać” – ostro reaguje pielęgniarka -„pracuję na pogotowiu od 30 lat, znam się na takich objawach, pan się cały trzęsie, pan pije nałogowo”.

Mężczyzna milczy. Niedługo potem przez dyżurującego lekarza zostaje skierowany na jeden z oddziałów szpitalnych. Kilka słów warto także poświęcić procedurze dotarcia do kolejnych etapów drogi pacjenta od okienka rejestratorki do umieszczenia w oddziale.

Trzeba wypełnić kwestionariusz, odpowiadając m.in. na pytanie czy miało się kontakt z zarażonym i czy odbyta została kwarantanna. Potem kolejny etap. Czekanie  na rozmowę z lekarzem. Niektórym wysiadają nerwy, strach i ból powodują utratę cierpliwości. Niektórzy w tej demonstracji nagromadzonych emocji mocno przesadzają. Tak było  tamtego poranka. 

Między oczekującymi, nie było ich aż tak dużo, miotał się ze złości niemłody już mężczyzna. Pienił się i złorzeczył wszystkiemu i wszystkim, że musi czekać. Miał wyjątkowo nieprzyjemny głos. Urągał, chodził w kółko, dopominał się pilnego przyjęcia, aż przyszła jego kolejka. W miarę sprawnie został odwieziony na oddział.

Cóż było za zdziwienie, gdy kilka godzin później, po dotarciu do swojego pokoju, usłyszałam ten sam głos. Ten sam kłótliwy mężczyzna okazał się sąsiadem z naprzeciwka. Dzielił nas tylko korytarz. Pan ów ani na chwilę nie zmienił swojego postępowania. Jakiś bardzo biedny człowiek. Moja złość do niego zamieniła się we współczucie.                                   

Serce wysiadło z wysiłku

Obok mojej sali leżał dość młody mężczyzna. Wszyscy go znali, bo w szpitalu spędził ponad półtora miesiąca. Najpierw na oddziale zakaźnym, bo dopadł go COVID, a potem na oddziale kardiologicznym aż do prawie ostatniego dnia przed świętami. Był to miły, uczynny szpitalny sąsiad. Zreperował mi telewizor, żebym mogła od czasu do czasu pogapić się w ekran.

Na początku były kłopoty ze zdobyciem drobnych pieniędzy, ale uczynne salowe chodziły do kiosku i baru szpitalnego robiły zakupy pacjentom i w ten sposób można było zdobyć złotówki. Mężczyzna pomógł mi także w innych sprawach elektronicznych związanych z moim telefonem. Ja w podzięce za przysługi odmawiałam zdrowaśki, gdy zawożony był na badania.

Serce wysiadło mu z przemęczenia. W firmie budowlanej, pracując na akord, przez długi czas nie znajdował czasu ani na sen, ani na wypoczynek. Pracowali ekipą po 18 godzin. Sporo zarabiał, ale trwało to wszystko do czasu. Teraz ma poważne problemy z sercem. Obiecał, że będzie się oszczędzał,  ale  czy nie skuszą go pieniądze?

Życie szpitalne jest monotonne, mierzone godzinami stałych posiłków. Żyje się od śniadania do obiadu i kolacji. Od kolejnych badań, kroplówek, pobierania krwi, kontrolowania ciśnienia i gorączki ( bardzo wczesnym rankiem).

W dobie pandemii  trzeba się dostosować do reżimu sanitarnego. Nie można chodzić po oddziale, jedynie, gdy jest to konieczne, do kuchenki, żeby zaparzyć herbatę, kawę.

Trzeba ciągle pamiętać o zakładaniu maseczki. Przy stanowisku pielęgniarek toczą się rozmowy na temat przyszłych szczepień. Przygotowywane są listy osób.

Chcemy wierzyć, ze nadchodzący rok przyniesie korzystne zmiany. Oby tak się stało.

B. Ch.