Nauka online w praktyce: to tryb awaryjny, który ma same awarie

U mnie wygląda to tak: od rana czatuję na maile. Dostaje powiadomienia SMS, że coś już jest i usiłuje się wbić, z różnym zresztą skutkiem, na Vulcana. Czasem uda się prace domowe ściągnąć, czasem mnie wyrzuca w kluczowym momencie, czasem w ogóle nie mogę wejść.

Ale to dopiero połowa udręki, bo nauczyciele mają różne formy dostarczania materiałów. Trzeba to najpierw pozbierać z maili, platform, grup… (a dostarczanie trwa od rana do nocy). Potem zbiorczo usiłuję przekazać materiały dziecku.

No, ale zaraz się okazuje, że dokument się np. nie otwiera, albo że trzeba wydrukować karty pracy, a potem je zeskanować i wysłać z powrotem do nauczyciela – zwykle inną drogą niż otrzymaliśmy. Karty pracy są nieedytowalne, zapisane jako dokument Word (a to wcale nie takie oczywiste, że wszyscy maja Worda). Załączniki, odnośniki, kolejne maile, kolejne hasła…

Czyli ja czuwam nad tym, co przychodzi i co trzeba odesłać, i to robię ze swojego komputera. Mąż drukuje i skanuje – ze swojego komputera. Dziecko – usiłuje ogarniać wskazany przez nauczyciela materiał cały czas dopytując: co i jak?

I trzeba tłumaczyć albo zakres materiału, albo sens samych kart pracy – które czasami są zupełnie nieoczywiste. I to nie dlatego, że się rozsypuje zapis, ale też dlatego, że po prostu nie wiadomo o co w nich chodzi.

Jednym zdaniem, jest wielki, absorbujący całą rodzinę bałagan. Po kilku godzinach takiej walki, wszyscy jesteśmy umęczeni. A dodam, że ja i mąż też pracujemy online i jesteśmy w tej dobrej sytuacji, że w domu są trzy komputery. Ale sprawy techniczne to nie jedyny problem.

Jako rodzice po prostu nie mamy kompetencji, żeby uczyć tych wszystkich przedmiotów. Pomagamy w ramach swoich możliwości i czasu, ale już widzę, że to kropla w morzu potrzeb dziecka.

Nauczyciele też są postawieni pod murem. Jak usłyszałam, każdy z nich (nauczyciel wychowania fizycznego także) ma obowiązek wysłać zadanie w tym dniu, kiedy ma lekcje. Muszą się z tego rozliczyć.

Ale już widać, że nie ma możliwości „przerzucenia” szkoły z trybu stacjonarnego w tryb zdalny 1:1. Wszystkie strony się maksymalnie angażują. A i tak kończy się to trójstronną frustracją: nauczycieli, dzieci i rodziców.

Szczerze, to nie wyobrażam sobie jak dzieci, rodzice i nauczyciele mają ogarnąć ten chaos – tak się po prostu nie da pracować. A jeśli do tego dochodzi praca online obojga rodziców, to nauczanie domowe jest po prostu awykonalne.

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Wątki komentarzy
0 Odpowiedzi na wątki
0 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najciekawszy wątek z komentarzem
2 Autorzy komentarzy
MalwaInteresant Autorzy ostatnich komentarzy
najnowszy najstarszy oceniany
Interesant
Gość
Interesant

Takie mamy czasy. No i klimat. Trzeba to przetrwać.

Malwa
Gość
Malwa

Ale w mediach wszyscy się cieszą jak to fantastycznie mieć lekcje on-line….. W piżamie bez wychodzenia z domu…. same ochy i achy…..