„Kurpie nie leżą na końcu świata”. Relacja z pewnej podróży z 1938 roku

Początek XX w. to okres zainteresowania się podróżników Kurpiowszczyzną. Wtedy pojawiły się na tych ziemiach pierwsze zorganizowane wycieczki. Ruch turystyczny przybrał na silę w okresie dwudziestolecia międzywojennego, kiedy Ostrołęka i okolica uznana została za atrakcyjny cel wycieczek.

Organizowano tu kolonie dla dzieci z całej Polski. Mieszkańcy miast zażywali wakacyjnego wypoczynku nad urokliwymi brzegami Narwi czy Omulwi. Zapraszamy do zapoznania się z relacją o podróży do regionu kurpiowskiego, która odbyła się w listopadzie 1938 r. Ukazała się ona w wydawanym w Łodzi czasopiśmie Echo z dnia 11 listopada 1938 r.

„Ostrołęka, siedziba władz powiatu, w którego obrębie znajduje się prawie cały region kurpiowski, położona jest na lewym brzegu Narwi. Miasto liczące kilku wieków istnienia (pierwsze wzmianki o nim spotykamy w r. 1313 [tak jest w tekście. – red.] jest szczególnie prześladowane przez los.

Wojny, pożary, zaraza na zmianę raz po raz niszczą je, ono jednak ciągle się odradza i mimo wszystko zachowuje charakter miasta starego.

Linia kolejowa, budowana w czasie zaboru rosyjskiego, omija miasto w odległości 5 km. Komunikacja ze stacją jednak łatwa i niekosztowna. Ze stacji ulicą 11-go Listopada – o linii tak charakterystycznej dla starego miasta – przyjeżdża się na Pl. 3-go Maja, przy którym znajduje się ratusz, starostwo, poczta i inne urzędy.

Na placu tym zachowało się kilka kamienic z XVIII wieku i trochę szczerb, świadczących o zniszczeniach ostatniej wojny. Stąd ulicą Farną idziemy do kościoła parafialnego, którego budowę rozpoczął ks. Janusz Mazowiecki w r. 1399. Kościół ten dzielił kolej miasta. Przed rokiem 1609 spłonął, odbudowywany, przez długie lata, niewiele zachował rysów ze swojej gotyckiej przeszłości.

Chata kurpiowska. Źródło: Adam Chętnik, Puszcza Kurpiowska, 1913

Od Fary idziemy chodnikiem między ogrodami, przecinamy ul. Kościuszki, mijamy skwerek i stajemy przed klasztorem pobernardyńskim.

Ze swoimi basztami narożnymi, murem, bramą obronną kościół ten robi wrażenie małej forteczki. – Istotnie był niegdyś obronny.

Opuszczamy miasto i przez most na Narwi dochodzimy do dawnych fortów rosyjskich, na których wznosi się szkielet Mauzoleum.

Miało ono stanąć w setną rocznicę postania listopadowego i pomieścić prochy poległych w bitwie pod Ostrołęką dnia 26 maja 1831 r.

Niestety, Mauzoleum nie zostało wykończone, czeka lepszych czasów. Prochy po poległych tymczasowo złożono w kapliczce murowanej, znajdującej się przed Mauzoleum.

Na polach za fortami na miejscu, z którego pułk Bema ostrzeliwał ze swoją baterią przyczółek mostowy atakowany przez wojska rosyjskie, stoi pomnik z piaskowca z orłem. Pod pomnikiem tym w ostatnich 2 latach goście węgierscy składali wieńce.

Po poznaniu Ostrołęki chcemy sięgnąć w głąb Kurpiowszczyzny. Jedziemy zatem do Myszyńca.

Mijamy trochę lasu, przejeżdżamy przez Dylewo. „To już prawdziwe Kurpie” – mówi ktoś z jadących. Istotnie: chaty drewniane, ustawione szczytami do ulicy, szczyty ozdobione tzw. „śparogami” z krzyżem po środku. Płoty drewniane. Wieś zbita, skupiona.

Za Dylewem krajobraz bardzo przypomina Polesie. Tu i ówdzie kawałki lasu, kępki drzew – resztki puszczy tak okropnie wyniszczonej w czasie wojny światowej, teren bagnisty podmokły.

Zatrzymujemy się dopiero w Kadzidle dla obejrzenia kościoła i wyprostowania kości.

Siadamy z powrotem do samochodu i ruszamy dalej. Jeszcze sporo kilometrów. Mijają szybko i – Myszyniec. Przyglądamy się bacznie tej okolicy kurpiowskiej.

Duża wieś, budynki przeważnie drewniane. W środku ogromny plac. Z boku kościół i plebania.

Idziemy obejrzeć kościół – duży neogotyk z prześliczną na froncie dzwonnicą gotycką z 17 wieku. Zainteresowanie budzą „kuny” – smutne zwyczaje czasów średniowiecza. Dzień powszedni, kościół pełen świątecznie ubranych Kurpiów, odbywają się misje.

Z kościoła udajemy się na plebanię, żeby obejrzeć zbiory ks. Kłoskowskiego, wielkiego miłośnika Kurpiowszczyzny.

Oglądamy zatem „lelujki” (wycinanki), „kruki” – pisanki, lalki w strojach kurpiowskich, świątki rzeźbione w drzewie – przemiłe prymitywne. Stamtąd idziemy do chaty kurpiowskiej, gdzie przyglądamy się tkaniu pasiaków, nabywamy wycinanki.

Mało mamy czasu, żeby pojechać do granicy niemieckiej (7 km.) Idziemy tylko do mogił Kurpiów, za dawnym mostem kopańskim, poległych w walce ze Szwedami w r. 1708 i z Moskalami w czasie powstania 1863 r. Wracamy. Zaczyna padać, ale, że brezent dobry, nic sobie z tego nie robimy.

Pieśni kurpiowski na ogół są smutne. Czy dlatego, że dola Kurpiów jest taka? Kiedyś wolni, podlegli tylko królowi, zależni od puszczy, która ich żywiła. Po upadku niepodległości zmienia się zasadniczo tryb ich życia.

„Zielona” staje się już nie ich własnością. Trzeba się zabrać do rolnictwa na marnych gruntach. Wciągają się pomału do tej pracy, nawet dziś robią postępy, ale to nie jest życie, jakie prowadzili ich praojcowie.

Nadmiar energii, którą dawniej Kurpik wyładowywał w walce z przyrodą, dziś wyładowuje w bójkach na zabawach, weselach, które rzadko obchodzą się bez ofiar w ludziach.

Dziś można znaczną część Kurpiowszczyzny obejrzeć wygodnie i tanio, a że w ogóle Kurpie nie leżą na końcu świata, więc przyjeżdżajcie i oglądajcie!”

Echo, 11 listopada 1938 r., nr 314

Fot. główne: Myszyniec, 27 maja 1937 r. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe